Wizerunek aptekarza w reklamach internetowych

Wizerunek aptekarza w reklamach internetowych

Nie zobaczycie ich w telewizji i prasie drukowanej, nie usłyszycie w radiu, ale internet wręcz pęka w szwach od reklam rozmaitych produktów, które rzekomo leczą wszelkie choroby.Na domiar złego często wykorzystuje się w nich wizerunek farmaceutów i lekarzy. Mechanizmy działania są dwa: albo podważa się wiedzę i doświadczenie tych grup zawodowych, albo wykorzystuje ich autorytet, zatrudniając przebierańców do promowania danych substancji.

Hasła w stylu „Lekarz ci tego nie powie, bo straciłby szybko wszystkich pacjentów” albo „Pazerni farmaceuci od lat ukrywają ten lek przed chorymi” silnie oddziałują na wiele osób, zwłaszcza chorych, bo odwołują się do ich emocji i lęków. Stwarzają pozory,że istnieje prosty i dostępny dla każdego sposób wyjścia z najpoważniejszych nawet problemów zdrowotnych. Ukrywany przez świat medyczny i farmaceutyczny dla własnego interesu.

Trudno policzyć, ile jest reklam „cudownych” produktów, pseudoblogów czy stron internetowych, niby to poświęconych zdrowiu i zdrowemu stylowi życia, a w rzeczywistości istniejących wyłącznie w celu prezentowania jednego bądź kilku środków, którym przypisywane są wręcz nieograniczone właściwości lecznicze. Jest ich tak wiele,
że nie da się ich wszystkich choćby przejrzeć, tym bardziej nie sposób wszystkich przeczytać, przeanalizować i ustosunkować się do ich treści. Nawet jednak ich
pobieżny przegląd pozwala na sformułowanie następującego wniosku: Wiele z nich, by
zainteresować potencjalnego klienta, tworzy czarny PR dla całego medycznego środowiska – podważa wiarygodność firm farmaceutycznych, lekarzy i farmaceutów.

NIESKUTECZNE, NIEWIARYGODNE?

Przyjrzyjmy się dla przykładu tylko jednej stronie internetowej. Znajdziemy na niej między innymi taki tekst: „Pierwszą tragedią dla przemysłu farmaceutycznego jest to, gdy ktoś umrze po podaniu leku. A drugą? Jeśli ktoś wyzdrowieje”. Dalsze treści utrzymane są w podobnym duchu: „Leki nie są bezpieczne”, „Leki nie są skuteczne”, „Badania kliniczne nie są wiarygodne”, „Rządowi eksperci nie są niezależni”, „Lekarze nie są dobrze poinformowani”... Na szczęście inni są uczciwi i dobrze poinformowani, wiarygodni i niezależni. I do tego oferują produkty, które są dostępne za pośrednictwem tej właśnie strony. Sposób prezentacji informacji, trzeba przyznać, jest taki, że osoba mało odporna na manipulację może poczuć, że wreszcie trafi ła na kogoś, kto pisze prawdę. Bo przecież
trudno jest podejrzewać, że w błąd może wprowadzać ktoś, kto pisze, że jesteśmy
wprowadzani w błąd przez kogoś innego.

MARTWA CISZA

Niestety organa, które mają czuwać nad naszym bezpieczeństwem i które powinny energicznie działać, gdy tylko pojawi się podejrzenie występowania tego typu nieprawidłowości, są niedofinansowane i cierpią na chroniczne braki kadrowe – o czym pisaliśmy już wiele razy. Inspekcja farmaceutyczna oferuje potencjalnym pracownikom mniejsze uposażenie niż apteki. Inspekcja sanitarna ma tak niewielu pracowników, że zgłoszenia dotyczące wprowadzania na rynek suplementów diety pozostają w toku długimi latami. W reklamach suplementów diety i wyrobów medycznych wciąż mamy wolnoamerykankę, bo przepisy są tak sformułowane, że reklamodawcy mogą się odwoływać od urzędowych decyzji latami, bezkarnie kwestionować wiedzę i podważać wiarygodność ekspertów, a ostateczne kary nie porażają wysokością (o ile w ogóle są nakładane; oczywiście poza niedawną karą w wysokości 26 mln zł).
Jednocześnie prace nad zmianą przepisów umożliwiających taki stan rzeczy i za to krytykowanych wydają się nie mieć końca. Ten smutny wniosek wypływa między innymi z historii projektu nowelizacji ustawy o bezpieczeństwie żywności i żywienia, o której pisaliśmy pod koniec minionego roku. Nowelizacja ta miała zmienić bardzo wiele na rynku suplementów diety i znacząco przyczynić się do zwiększenia bezpieczeństwa ich stosowania między innymi dzięki temu, że za wprowadzanie konsumentów w błąd groziłyby surowe kary. Mógłby to być zakaz prezentacji lub reklamy produktu w środkach masowego przekazu nawet przez 12 miesięcy oraz kara finansowa w wysokości do 20 mln zł.

Gdy pisaliśmy o tej sprawie, bardzo trudno było dotrzeć nawet do treści projektu nowelizacji. Dziś jest podobnie – w zasadzie nie wiadomo o nim niczego więcej. Wokół tematu zapadła głucha cisza, której nie przerywa nawet najdrobniejsza informacja o postępach prac.

TAKŻE POZAAPTECZNY

Brakuje też jakichkolwiek nowych informacji o regulacji pozaaptecznego obrotu lekami. Rok temu prace nad nią były już bardzo zaawansowane – 2 stycznia 2017 roku projekt pojawił się na stronie internetowej Ministerstwa Zdrowia; zainteresowani mieli trzy tygodnie, by zgłosić do niego swoje uwagi. I zgłosili je, to wiadomo, ale do dziś nie wiadomo, jakie to były uwagi oraz ile ich wpłynęło. Informacje na ten temat były lakoniczne, a potem zapadła cisza. Dopiero w sierpniu przerwał ją wiceminister Marek Tombarkiewicz, ten sam, który rok wcześniej zapowiadał rychłe przygotowanie przez resort zdrowia ustawy o obrocie pozaaptecznym. W odpowiedzi na pewną interpelację poselską napisał, że „prace legislacyjne nad projektem zostały wstrzymane, a projekt w zaproponowanym kształcie nie będzie procedowany” i to zamknęło sprawę. Milena Kruszewska, rzeczniczka resortu, zapewniała co prawda niedługo potem, że problem regulacji pozaaptecznego rynku leków nie przestał interesować Ministerstwa Zdrowia, ale chyba nie miała racji. Nie powrócono do tej sprawy, nie ma żadnych nowych informacji na ten temat.

FARMACEUCI CZUJĄ SIĘ BEZRADNI

Farmaceuci, jeśli w ogóle mają czas i chęci, by zaglądać na podobne strony, czują się zapewne bezradni, widząc reklamy „cudownych środków” i czytając oskarżenia pod swoim adresem. No bo co może zrobić jeden człowiek, jeśli nawet państwowe instytucje są bezradne – a są, skoro można umieszczać w internecie fałszywe informacje, powoływać się na badania nieistniejących placówek naukowych, bezkarnie robić czarny PR całemu środowisku medycznemu i oskarżać je o poważne nadużycia.
Producenci i dystrybutorzy leków, suplementów diety czy wyrobów medycznych z jednej strony w reklamach swoich produktów podważają więc autorytet farmaceutów, z drugiej – wykorzystują go, wiedząc, że farmaceuci wciąż są szanowani przez pacjentów. Zatrudniają w tym celu przebierańców udających aptekarzy i każą im nierzadko mówić rzeczy, których zgodnie z prawem mówić nie wolno. Typowym przykładem jest przypisywanie właściwości leczniczych suplementom, choć te ich nie mają. Firmy sprawdzają po prostu, jakie treści w danym momencie najmocniej przemawiają do odbiorców reklam i pod tym kątem tworzą kolejne reklamy. Priorytetem jest przecież sprzedaż. Autorytet farmaceutów – z ich punktu widzenia – można dla niej wykorzystać lub podważyć.
Autor: Małgorzata Grosman
Na Twój adres e-mail została wysłana prośba o potwierdzenie subskrypcji.
Potwierdzając subskrypcję wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych w celu otrzymywania treści publikowanych w serwisie.