Niewiarygodne historie cudownych preparatów

Niewiarygodne historie cudownych preparatów

Opublikowany

Teoretycznie każdy człowiek, oglądając reklamy różnych cudownych preparatów, powinien wiedzieć, że składane w nich obietnice są złudne. No bo jak można uwierzyć, że możliwe jest schudnięcie w ciągu tygodnia 5 czy 10 kilogramów? I jak niby miałoby się udać zlikwidować haluksy bez bólu i kontaktu z lekarzem? Albo jakim cudem w ciągu miesiąca włosy mogą urosnąć o kilkanaście centymetrów? Przecież gdyby istniały substancje działające w taki sposób, od dawna wszyscy bylibyśmy szczupli, silni, zdrowi, urodziwi, pozbawieni jakichkolwiek ułomności.

A jednak niektórzy ludzie są przekonani, że istnieje wiedza, z której korzystać nie chcą medycyna, farmacja i kosmetologia. Uważają tak, bo wierzą w teorię spiskową, która mówi, że gdyby ta wiedza została użyta, wielkie koncerny szybko straciłyby źródło zysków. To bardzo naiwny sposób myślenia, bo przecież koncerny mogłyby proponować jeszcze więcej. Mogłyby stworzyć substancje zapobiegające wszelkim chorobom, a nawet starzeniu się, i kosmetyki pozwalające wszystkim upodobnić się do gwiazd filmowych... Nasz apetyt na wydłużanie życia, eliminację chorób i udoskonalanie swojego ciała zwyczajnie wyklucza więc dotarcie do punktu, w którym koncerny nie będą miały już nic do zaproponowania.

Rozsądek i fakty często przegrywają jednak z dużo bardziej ekscytującymi mitami i teoriami spiskowymi. Dlatego to one coraz częściej stanowią element reklam. Tak jest przede wszystkim w internecie, gdzie – jak się niektórym wydaje – można napisać wszystko, nie bacząc na fakty, wiedzę medyczną, dane statystyczne, wykształcenie, dokonania i doświadczenie osób, którym przypisuje się jakieś wypowiedzi na temat reklamowanego produktu.

Bazowanie na emocjach pozwala też nie tłumaczyć, dlaczego owe „cudowne” środki nie są zwykle dostępne w aptekach, sklepach zielarskich lub choćby w marketach i kioskach. Z tego samego powodu mało kto się zastanawia, dlaczego producenci takich produktów nie chcą niby dorównać wielkim koncernom, zmierzyć się z nimi, a może nawet i wygrać, skoro stworzyli tak wspaniałe preparaty.

W KAMERUNIE LUB PAKISTANIE

Produkt nr 1. W składzie amla, czyli indyjski agrest, jedna z  najnowszych „cudownych” roślin na naszym rynku. W opisie produktu na  jednej ze stron internetowych przeczytać można, że w oferowanych  kapsułkach „zawarta została nieprawdopodobna siła, która w zgodzie z  naturalnym rytmem organizmu rozpoczyna swoje działanie, nie  pozostawiając szans nadwadze, wysokiemu cholesterolowi czy szarej skórze  i wypadającym włosom”. Są też informacje o samej amli, której  właściwości – antyoksydacyjne, przeciwcukrzycowe, oczyszczające,  odchudzające, odmładzające, przeciwwirusowe, przeciwbakteryjne i  antyseptyczne, a nawet pobudzające w sferze seksualnej – znane są ponoć  od setek lat. Wystarczy więc sięgnąć po reklamowany preparat, by  odchudzić się bez efektu jo-jo, oczyścić organizm z toksyn, dodać sobie  energii i wypięknieć. By osiągnąć takie efekty trzeba jedynie wydać 100  złotych na miesięczną „kurację”, 150 złotych na dwumiesięczną i raptem  200 złotych na trzymiesięczną. Inne „kuracje” bazujące na innych  „cudownych” preparatach są zwykle jeszcze droższe.
Amla (agrest indyjski) 

Amla (agrest indyjski) 



Produkt nr 2. W tym przypadku głównym bohaterem jest mango. Na informację o tym produkcie natknąć się można, szukając na przykład preparatu z indyjskim agrestem – produkt zawierający mango bywa dołączany przy jego zakupie, bywa też prezentowany jako konkurencyjny środek na odchudzanie. Na przykład na pewnym „blogu”, którego całą treść stanowi jedna zaledwie informacja. Wynika z niej, że amla jest do niczego, o czym autorka „bloga” informowała swoją przyjaciółkę „na mieście” – właśnie wtedy miała do niej podejść nieznana kobieta i zaoferować african mango... Urocza historia dla mało dociekliwych czytelników, którzy nie zauważą braku innych wpisów na „blogu” i których nie zastanowi, jakim cudem ten „blog” jest tak wysoko pozycjonowany, że pojawia się jako jeden z pierwszych wyników po wpisaniu w wyszukiwarce nazwy preparatu z amlą. Jeśli ktoś jeszcze ma wątpliwości, otrzeźwić go powinien fakt, iż autorka „bloga” nie zapomniała podać adresu strony internetowej, gdzie można kupić jeden z preparatów z mango.

Wystarczy zaledwie chwila refleksji, by dostrzec te wady „bloga” i dojść do jedynego sensownego wniosku: to nie jest blog, ani też obiektywna ocena kobiety, która chciała się podzielić swym doświadczeniem, ale sprytna reklama porównawcza zaserwowana w formie blogopodobnej.

Produkt nr 3. Proszek do rozpuszczania w mleku, z czekoladą w nazwie, też na odchudzanie. Mistrzostwo świata, jeśli chodzi o pomysł na zainteresowanie swym produktem tych, którzy lubią podjadać słodycze i z tego powodu mają problemy z nadwagą lub otyłością. W deklarowanym składzie są głównie modne i dobrze kojarzące się produkty. Obok kakao – ziarna zielonej kawy, jagody goji i acai oraz nasiona chia. Jest też ekstrakt z lakownicy żółtawej, rzadko w Polsce występującego grzyba, zaliczanego do grzybów niejadalnych, choć na Dalekim Wschodzie uważanego za grzyb leczniczy. Sprzedawca nazywa swój produkt czekoladą. Zapewnia, że szybko redukuje nadwagę (do 24 kilogramów w 4 tygodnie), zwalcza cellulit, usuwa pryszcze i trądzik. Poucza, że nie jest to bynajmniej suplement diety, że można go kupić wyłącznie za pośrednictwem jego strony internetowej, ostrzega przed podróbkami.


lakownica żółtawa

lakownica żółtawa

Tym, co łączy informacje o tego typu „cudownych” produktach na  odchudzanie, są odwołania do badań wykonanych w szczególnych placówkach  naukowych – University of Yaunde w Kamerunie czy University of Sargodha w  Pakistanie.
STOP KŁAMSTWOM<br>

STOP KŁAMSTWOM

AKADEMIA I INNE NIEISTNIEJĄCE PLACÓWKI

Produkt nr 4. Do informacji o nim prowadzą poruszające hasła, widoczne na wielu stronach internetowych, głoszące, że pasożyty zżerają nas od środka. Po kliknięciu przenosimy się najpierw na stronę Akademii Prywatnej Opieki Zdrowotnej, która jednak nie udziela żadnych informacji na swój temat. Kliknięcie w zakładkę „O nas”, ale także inne zakładki na stronie „akademii” („Aktualności”, „Zdrowie”, „Leki”, „Centrum prasowe” i „Wakaty”) prowadzi jedynie do reklamy produktu na pasożyty.

Po wpisaniu w okienko internetowej wyszukiwarki nazwy owej „akademii” dowiedzieć się można znacznie więcej. Pierwsze, co znajdziemy, to oświadczenie podpisane przez dyrektora
Instytutu Parazytologii im. Witolda Stefańskiego PAN, że „Marek Rabczyński, autor wywiadu zamieszczonego na stronie internetowej Akademii Prywatnej Opieki Zdrowotnej, nigdy nie był i nie jest pracownikiem” instytutu. Tymczasem to właśnie osoba o takim nazwisku pojawia się w materiale na stronie „akademii”, z którego dowiedzieć się można, że 150 tysięcy ludzi w Polsce co roku umiera z powodu pasożytów oraz że zakażonych nimi jest 87 procent mieszkańców miast. Marek Rabczyński przedstawiony jest jako dyrektor krajowego laboratorium parazytologii – placówki, której nie sposób znaleźć w internecie i o której dyrektor Instytutu Parazytologii PAN pisze w oświadczeniu, że nie figuruje w żadnym wykazie placówek naukowych działających w Polsce.

PRZERAŻAJĄCE WIZJE

Tymczasem w swej wypowiedzi Marek Rabczyński, nazywany doktorem oraz specjalistą medycyny (!), snuje przerażające wizje. Twierdzi, że 92 procent zgonów jest wynikiem żerowania pasożytów. Dalej opowiada o tym, że niektóre tasiemce mogą wywoływać raka, zaś inne pasożyty – bytujące w mózgu – psychozę, szybkie męczenie się, nadmierną pobudliwość, nagłe zmiany nastroju, mogą też czasem „wypełnić mózg” i doprowadzić do śmierci. Uważa, że to pasożyty są przyczyną niemal 100 procent przypadków zatrzymania akcji serca, często atakują woreczek żółciowy, wywołują nowotwory wątroby czy nerek. Nieprzekonanych do zakupu polecanego środka mają przekonać pierwsze objawy zakażenia nimi: nieświeży oddech, alergie, częste przeziębienia, chroniczne zmęczenie, rozmaite bóle, nerwowość, zaburzenia snu, a nawet sine worki pod oczami.

Potem jest już opowieść o panaceum opracowanym przez „grupę niezależnych naukowców” pod kierownictwem dr. Stanisława Matuszewki, „znanego naukowca z ponad 30-letnim doświadczeniem”. Problem w tym, że osoba na zdjęciu umieszczonym obok tekstu raczej na trzydziestolatka wygląda. Co więcej, wyszukiwarka internetowa żadnego dr. Stanisława Matuszewki nie odnajduje.

ZAGRANICZNI ZA KAŻDĄ CENĘ

Równie niewiarygodna jest sama reklama środka na pasożyty. Na zdjęciach jego opakowania wyraźnie widoczna jest kategoria „suplement diety”, tymczasem na stronie internetowej czytamy, że środek będący połączeniem krwawnika pospolitego, goździków, centurii zwyczajnej oraz 20 składników pomocniczych, okazał się niezwykle skuteczny w próbach klinicznych, najskuteczniejszy wśród dziesiątków leków zwalczających pasożyty. Nie ma tu więc wzmianki o suplemencie, jest raczej sugestia, że mamy do czynienia z lekiem. Jest też deklaracja, że zagraniczni klienci są gotowi kupować ten produkt za każdą cenę, ale producentom nie o zyski chodzi. Pracują non-profi t i pamiętają, że „rząd wydał przepis, który mówi, iż znaczna część produkowanych leków musi pozostać w kraju i zostać rozprowadzona wśród miejscowej ludności”. W kraju produkt jest 10-krotnie tańszy. Ciekawe, od czego jest 10-krotnie tańszy w kraju i o jaki kraj tu chodzi, bo na pewno nie o Polskę, choć polski wkład w stworzenie tego produktu sugerują zarówno nazwiska „doktorów”, jak i nazwa placówki naukowej, bliska nazwie rzeczywiście istniejącej instytucji. Problem w tym, że na pierwszej lepszej angielskiej stronie internetowej ten sam produkt sprzedawany jest po niespełna 27 funtów, co w przeliczeniu daje około 125 złotych. To znacznie mniej niż 200 złotych, które po wyjątkowej, 50-procentowej zniżce oferują „przyjaźnie” do krajowych odbiorców nastawieni twórcy i producenci
 środka na pasożyty...
 
Na marginesie warto jeszcze dodać, że inne jeżące włosy na głowie hasła prowadzą do tego samego produktu również za pośrednictwem innych stron. Jedna z nich, z równie martwymi zakładkami, jak te na stronie „akademii”, zamieszcza wywiad będący w wielkim stopniu powtórzeniem wywiadu z Markiem Rabczyńskim. Różnica polega głównie na tym, że tym razem
mowa jest o 15 milionach ludzi umierających każdego roku na świecie z powodu zarażenia pasożytami, a odpowiedzi udziela dr Martyna Skrzypczak, badaczka z laboratorium higieny i zdrowia publicznego. Preparat, który według wcześniejszej informacji miał być dziełem krajowego laboratorium parazytologii, tym razem został przedstawiony jako dzieło laboratorium reprezentowanego przez panią „doktor”. W Polsce taka placówka nie istnieje.

WSZCZĘTO POSTĘPOWANIE ADMINISTRACYJNE

Latem minionego roku napisał na temat tych osób „Kurier Lubelski”. Podał, że pracownicy Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego w Warszawie nerwowo reagują na nazwisko Skrzypczak, a Instytutu Parazytologii PAN – na dźwięk nazwiska Rabczyński. A wszystko dlatego, że te osoby nie istnieją oraz że zawarte w ich rzekomych wypowiedziach informacje nie są prawdziwe. Tymczasem z całej Polski dzwonią do prawdziwych naukowych placówek dziesiątki osób, chcących poznać więcej szczegółów na temat reklamowanego środka na pasożyty. Pytają też o badania z tzw. żywej kropli krwi, które są w internecie prezentowane jako doskonały sposób na wykrycie różnych zakażeń, w tym pasożytniczych, zwykle wspólnie z produktem mającym je zwalczać.

Sprawą zajęło się także Stowarzyszenie Leki Tylko z Apteki, które wysłało do Głównego Inspektora Sanitarnego zapytanie, do kogo należy zwracać się w sprawie produktów, co do których nie ma najmniejszych wątpliwości, że „publikowane informacje na ich temat wprowadzają konsumentów w błąd i są przyczyną negatywnych zdarzeń w obszarze zdrowia publicznego”. GIS poinformował o sprawie powiatowego inspektora sanitarnego w Białymstoku,
bo sklep internetowy oferujący produkt, którego nazwę stowarzyszenie przykładowo wskazało, mieści się w tym mieście. PPIS odpowiedział stowarzyszeniu, że pracownik stacji już przejrzał wskazaną stronę i na tej podstawie powstał protokół, w którym ujęto nieprawidłowości dotyczące między innymi niewłaściwej prezentacji i reklamy, jak też znakowania sprzedawanego przez sklep produktu. W konsekwencji stwierdzonych nieprawidłowości wszczęto postępowanie administracyjne.

DOBRA PODPOWIEDŹ DLA INNYCH

W praktyce jest kilka instytucji, do których może zgłosić się osoba, która powzięła informacje o wprowadzeniu na rynek podejrzanego produktu. Jeśli jest to suplement diety, adresatem powinien być GIS albo właściwy powiatowy inspektor sanitarny (właściwy ze względu na miejsce działania sprzedawcy lub producenta). Nawet jeśli konsument błędnie zaadresuje swoje pismo, sprawa nie może zostać „zamieciona pod dywan” – żaden urząd nie może wrzucić takiej informacji do kosza, ale musi przekazać ją właściwemu organowi i powiadomić o tym osobę, która poinformowała urząd o sprawie.

Jeśli w informacji o produkcie (lub jego reklamie) występuje lekarz lub osoba przedstawiana jako lekarz, można zwrócić się do samorządu lekarskiego. Jan Bondar, rzecznik prasowy GIS, nie ma wątpliwości, że środowisku lekarskiemu powinno zależeć na dobrym imieniu, a tym samym na wyeliminowaniu takich praktyk z reklam. – Gdy w takich materiałach jakieś osoby prezentuje się jako farmaceutów lub lekarzy, choć nimi nie są, to jest to masowe oszustwo, którego skutkiem może być narażenie zdrowia i życia ludzkiego – podkreśla. – Takim osobom zarzucić można także wykonywanie zawodu farmaceuty czy lekarza bez uprawnień, izby lekarskie czy farmaceutyczne powinny więc zgłaszać takie sytuacje do prokuratury. Udawanie działalności medycznej również powinno być ścigane przez prokuraturę, powoływanie się na nieistniejące instytuty naukowe powinno więc zostać skontrolowane i ukarane. Z jeszcze inną sytuacją mamy do czynienia w przypadku, gdy podmiot oferujący produkt w żaden sposób go nie nazywa – ani lekiem, ani suplementem, ani wyrobem medycznym. W takiej sytuacji można odnieść się do przepisów dotyczących ogólnego bezpieczeństwa produktów, które określają sankcje za oszukiwanie kupujących. Instytucją, do której można się w takich sprawach zgłaszać, jest UOKiK. W jego gestii jest też kontrolowanie treści reklam pod względem ich zgodności z prawem. W każdym powiecie działa rzecznik konsumentów, którego można informować o takich niedookreślonych produktach i wprowadzających w błąd reklamach. Każdy konsument może też sam pozwać producenta lub sprzedawcę, który nie respektuje jego prawa, by nie był oszukiwany.

KAŻDY MOŻE, NIEWIELU CHCE

Innymi słowy – zareagować na reklamę czy informację o podejrzanym produkcie może każdy, tym bardziej jeśli został oszukany lub ocenia, że produkt może zagrażać bezpieczeństwu osób go stosujących. Najprościej jest szukać pomocy u powiatowego rzecznika konsumentów, który albo sam pomoże, albo podpowie, do kogo zwrócić się w konkretnej sprawie. Problem w tym, że konsumentom zwykle nie chce się reagować, bo głupio jest się im przyznać, że dali się nabrać na niewiarygodną historię o „cudownym” preparacie. Wolą zatem machnąć ręką na 100 czy 200 złotych i dać sobie po prostu spokój.

Podstawowym problemem innych osób jest natomiast to, że ów „cudowny” preparat nie zadziałał. A tak jest w przypadku większości środków na odchudzanie, wydłużanie włosów czy haluksy. Co ciekawe, często ich użytkownicy przechodzą nad tym do porządku dziennego, pomimo jednoznacznych gwarancji ze strony producenta czy sprzedawcy, które wcześniej zachęciły ich do kupna. Jeśli jest to środek na odchudzanie, tłumaczą sobie po prostu, że tak jak żadna ze stosowanych wcześniej diet im nie pomogła, tak nie pomógł i ten preparat. A to z kolei pozwala im wierzyć, że w ich przypadku schudnięcie jest wyjątkowo trudne. I stanowi wygodne wytłumaczenie dla nadwagi lub otyłości, jednocześnie powodując sięganie po kolejne „cudowne” preparaty.
STOP KŁAMSTWOM!<br>

STOP KŁAMSTWOM!

Małgorzata Grosman

Udostępnij

Na Twój adres e-mail została wysłana prośba o potwierdzenie subskrypcji.
Potwierdzając subskrypcję wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych w celu otrzymywania treści publikowanych w serwisie.