Nocne sprawunki pacjentów

Nocne sprawunki pacjentów

Kiedyś, kiedy kubki na mocz były tańsze, pobliscy menele kupowali po trzy, bo tak się kulturalniej jabola spożywało. Nad ranem budzi mnie jeszcze jeden dzwonek. Jakaż to pilna potrzeba każe dobijać się do drzwi apteki w niedzielę nad ranem? Szczoteczka do zębów.

Środek nocy. Długi, uporczywy dzwonek do drzwi apteki. Zrywam się, by ratować ludzkie życie. Przy okienku mężczyzna, który wygląda na całkiem zdrowego. Zaczynam podejrzewać, że mniej chodzi o ratowanie życia, a bardziej współżycia. Lekkim głosem pyta, czy są prezerwatywy. „Są” – odpowiadam. „To poproszę”. Marsz przez aptekę, biorę paczkę z półki i drepczę do pacjenta. „Mogą być?” Odpowiedź twierdząca. Kiedy wracam z paragonem, pacjent zaczyna grymasić nad ceną, wspomina, że na stacji benzynowej jest taniej. Na koniec pada pytanie: „Czy mogę tylko jedną sztukę?”. Zaczynam rozumieć, dlaczego w drzwiach jest tylko małe okienko. Przy otwartych drzwiach bym faceta udusił. „Niestety nie” – odpowiadam. Wiem, że jest w trudnej sytuacji, ale jeśli się zgodzę, a jemu się seks spodoba, to za chwilę wróci po drugą i znowu mnie obudzi. Ewentualnie, kiedy konar mu nie zapłonie, przyjdzie po sildenafil. Znając jego oszczędne podejście, prawdopodobnie będzie chciał tylko polizać tabletkę. Wracam do łóżka. Sen przychodzi z trudem.

TAKA KARMA

Po jakimś czasie, kiedy odpływam, dzwonek dzwoni kolejny raz. Zrywam się, by ratować ludzkie życie. Jeden starszy kolega opowiadał mi historię farmaceuty, który ubierając się w ogromnym pośpiechu, zapiął fartuch na dwa guziki i jedno jądro. Ryczącego ze śmiechu pacjenta zabrało pogotowie. Tymczasem za okienkiem twarz młodej, zdenerwowanej kobiety. „Są testy ciążowe?” Matko, mam nadzieję, że to nie partnerka mojego poprzedniego pacjenta. „Oczywiście są” – odpowiadam. „To poproszę dwa, dla pewności”. Drepczę do półki, kasuję, podaję. Pacjentka jest tak niecierpliwa, że badanie prawdopodobnie wykona za rogiem apteki. Jeżeli wyjdzie pozytywnie, za kwadrans zbudzi mnie, żeby kupić pieluchy.

Myślę, że te wszystkie pobudki to kara za to, że kiedyś, wracając z imprezy o czwartej nad ranem, postanowiłem kupić bandaż elastyczny. Farmaceuta w piżamie w misie miał nienawiść wypisaną na twarzy. Teraz jesteśmy kumplami, ale od dwudziestu pięciu lat mi ten bandaż wypomina. Marudzi, że musiał cztery razy chodzić po właściwy rozmiar i że podobno nie miałem drobnych. Taka karma.

KUBEK PIERWSZEJ POTRZEBY

Układam się wygodnie pod kocem, zastanawiając się, jak jeszcze przyjdzie mi ratować ludzkie życie tej nocy. Oczywiście odpowiedź przychodzi wkrótce po zaśnięciu. Dzwonek do drzwi. Zrywam się, by... i tak dalej. „W czym mogę pomóc? Antybiotyk, insulina, silne leki nasercowe?” Powód niszczenia mojego snu jest bardziej prozaiczny. Kubek na mocz. Jeszcze jedna pobudka i ja będę potrzebował leków. Tradycyjnie, proponowany przeze mnie, o trzeciej trzydzieści, sterylny pojemniczek jest według pacjenta niewyobrażalnie drogi. „Jak żyć, panie magistrze?” – pyta pacjent retorycznie. Potem komentarz dotyczący stanu służby zdrowia, opinia o stanie psychik tych, którzy w wyborach głosowali inaczej niż on i wreszcie wyczekiwane przeze mnie: „Dobranoc”. Wracając pod koc, mamroczę do siebie słowa niespotykane w słowniku poprawnej polszczyzny. Nocna opieka farmaceutyczna w najlepszym wydaniu.

KOSZMARY WRACAJĄ PO ZMROKU

Kiedyś, kiedy kubki były tańsze, pobliscy menele kupowali po trzy, bo tak się kulturalniej jabola spożywało. Nad ranem budzi mnie jeszcze jeden dzwonek. Jakaż to pilna potrzeba każe dobijać się do drzwi apteki w niedzielę nad ranem? Szczoteczka do zębów. No jasne, u nawalonego gościa wracającego z imprezy higiena musi być na pierwszym miejscu. Ja się może nie wyśpię, ale przynajmniej on będzie miał zdrowe zęby. Kwestię spania mam w zasadzie rozwiązaną. Punktualnie o ósmej przychodzi pacjentka. Mówi, że ma receptę na antybiotyk. W nocy receptę wypisał lekarz, ale czekała do rana, żeby mnie nie budzić. Wiara w normalność powraca. Odnajduję sens swojej pracy. Byle do wieczora. Po zmroku koszmar powróci. Wpadam na szatański pomysł. Podniosę cen prezerwatyw do stu złotych. Snu spokojnego nie zaznam, ale mina klienta będzie bezcenna.
Autor: Marek Tomków
Na Twój adres e-mail została wysłana prośba o potwierdzenie subskrypcji.
Potwierdzając subskrypcję wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych w celu otrzymywania treści publikowanych w serwisie.