Pora zakończyć zamieszanie z dyżurami

Pora zakończyć zamieszanie z dyżurami

Farmaceuci nie kryją oburzenia. Są zmęczeni nocnymi, niedzielnymi i świątecznymi dyżurami narzuconymi przez powiaty i sprzeciwiają się uchwałom określającym harmonogram pracy aptek na kolejny rok.

W 2014 roku zapadł pierwszy sądowy wyrok będący pokłosiem konfliktu farmaceutów i rady powiatu. Wojewódzki Sąd Administracyjny we Wrocławiu uznał za niewłaściwą uchwałę powiatu wołowskiego z 2013 roku, która ustalała harmonogram pracy aptek na kolejny rok. Przyznał, że choć działanie rady powiatu mieściło się w przyznanych jej prawem kompetencjach, to jednak było władcze i arbitralne. Dodał, że uzasadnienie uchwały było lakoniczne, brakowało w nim między innymi odniesienia się do opinii izby aptekarskiej, która negatywnie oceniła projekt harmonogramu – rada powiatu powinna w uzasadnieniu wytłumaczyć, dlaczego tę opinię zlekceważyła, lecz nie zrobiła tego. Lakoniczność uzasadnienia nie pozwoliła też sądowi ocenić, czy uchwała uwzględnia potrzeby ludności, na które się powołuje.

ABSURDALNE PLANY RADNYCH

Niestety, ten wyrok nie otrzeźwił rad powiatów, nie sprowokował do refleksji nad przyjmowanymi uchwałami. Na przykład dwa lata temu gruchnęła wieść z powiatu sieradzkiego w województwie łódzkim, że tamtejsza rada zaproponowała, by wszystkie apteki pracowały non stop.
 Miało to związek z wcześniejszą decyzją tej samej rady powiatu – najpierw bowiem zdecydowała ona, że wystarczy, by każdego dnia w powiecie dyżurowała jedna apteka. Nie spodobało się to wojewodzie łódzkiemu. Z jego powództwa sprawa trafiła do sądu, który orzekł, że jedna otwarta nocą apteka na powiat to za mało. Pod wpływem tego wyroku radni, przygotowując harmonogram na kolejny rok, zrobili zwrot o 180 stopni i postanowili, że wszystkie apteki powinny być czynne bez przerwy. Również te, w których pracuje tylko jeden magister farmacji, co świadczyło o kompletnej niewiedzy radnych o tym, jak funkcjonują apteki lub o ich niebywałej arogancji.

WYSTARCZY, BY POWIAT ZAPŁACIŁ

Elżbieta Piotrowska- -Rutkowska, ówczesna prezes Okręgowej Izby Aptekarskiej w Łodzi, a dziś prezes NRA, mówiła wtedy dyplomatycznie, że autorzy projektu tej uchwały nie zastanowili się nad skutkami swej propozycji. Podkreślała, że projekt jest społecznie szkodliwy i może prowadzić do zamknięcia aptek. Dodawała, że rozwiązanie jest proste – wystarczy, by powiat podpisał z apteką lub kilkoma aptekami umowy cywilno-prawne na nocne dyżury i płacił za nie.
 
Było to odniesienie do sytuacji w Niemczech, gdzie od połowy 2013 roku nocne dyżury aptek są opłacane z budżetu kas chorych. Przed wejściem w życie ustawy w tej sprawie ustalono, że każdego dnia na terenie Niemiec dyżuruje 1400 aptek, czyli każda z niemal 21 tysięcy niemieckich aptek pełni dyżur średnio 18 razy w roku. Badania, które poprzedziły wejście w życie tej ustawy, ujawniły, że apteki z mniejszych miejscowości i wiejskie pełnią nawet 25 dyżurów rocznie, choć jednocześnie mają najczęściej mniejsze przychody, a w trakcie dyżurów mniej pacjentów niż apteki w dużych miastach. Te ustalenia w zestawieniu z badaniami społecznymi dotyczącymi znaczenia dyżurów aptek dla mieszkańców były podstawą do wprowadzenia zapłaty za dyżury. Państwo chciało w ten sposób upiec dwie pieczenie na jednym ogniu – zapewnić aptekom komfort finansowy, a wszystkim mieszkańcom dostęp do aptek czynnych w nocy.

PRZERWANE ROZMOWY

Nasze państwo też kilka lat temu podjęło ten temat. Jednak inaczej niż w Niemczech. Gdy farmaceuci coraz głośniej domagali się opłacania nocnych dyżurów, posłowie zaproponowali wprowadzenie bardzo wysokich kar finansowych za niedostosowanie się do
narzucanych przez powiaty harmonogramów dyżurów. Mówiło się o kwocie 50 tysięcy złotych. Tym samym w martwym punkcie utknęły toczone wtedy przez farmaceutów i Ministerstwo
Zdrowia rozmowy, których tematem było uwzględnianie demografii i geografii w wyznaczaniu dyżurujących aptek oraz wysokość ekwiwalentu za dyżur; mówiło się wówczas o 350-400 złotych zapłaty. Tematem prowadzonych rozmów była także wysokość kar za niewywiązywanie się przez aptekę z obowiązku pełnienia dyżuru – maksymalnie miały one sięgać trzykrotnej wartości ekwiwalentu za dyżur. W kolejnych miesiącach i latach – po takich zawirowaniach – powrót do normalnych rozmów na temat dyżurów i odpowiedzialności (w tym finansowej) powiatów za realizowanie przez nie w ten sposób swoich zadań był więc trudny, jeśli nie niemożliwy. Jednak podczas gdy politycy i urzędnicy resetowali swoje wcześniejsze stanowiska w tej sprawie, farmaceuci nie odpuszczali. Na mapie pojawiały się kolejne punkty, w których doszło do otwartego konfl iktu między farmaceutami a powiatami.

NIC NIE GROZI ZA NIEDYŻUROWANIE

Bochnia, Pleszew, Krotoszyn… To właśnie krotoszyński przypadek doprowadził kilkanaście miesięcy temu do ponownego wypowiedzenia się Ministerstwa Zdrowia w sprawie dyżurów. Wcześniej minister zdrowia jasno powiedział, że żaden przepis Prawa farmaceutycznego nie zobowiązuje aptek do stosowania się do harmonogramów dyżurów ustalonych i przyjętych przez rady powiatu, ani też nie umożliwia cofnięcia zezwolenia na prowadzenie apteki z powodu niestosowania się do niego. Inne zdanie mają niektórzy uczestnicy sporu – na przykład starosta krotoszyński zagroził aptekarzom, że jeśli nie będą dyżurować, zawiadomi o tym NFZ. Nie zdawał sobie pewnie sprawy z tego, że uprawnienia kontrolne funduszu wobec aptek są zupełnie innej natury...

BARWNIE JAK W BŁASZKACH

Równie barwna jest historia bitwy o nocną pracę aptek w gminie Błaszki. Rozpoczął ją w styczniu 2013 roku radny powiatowy z Błaszek – powstał wtedy profil na Facebooku „Żądamy Apteki Całodobowej w Gminie Błaszki”. Na profilu zamieszczał następnie informacje o kolejnych podejmowanych przez siebie krokach. A że traf chciał, iż Błaszki leżą w powiecie sieradzkim, jego działania miały ścisły związek z tym, co potem działo się w tym powiecie. To on zainteresował sprawą wojewodę, pośrednio przyczyniając się do dalszych, opisanych już wyżej wypadków. Co więcej, radny w międzyczasie został burmistrzem Błaszek, więc później występował już w sprawie dyżurów aptek z pozycji tego urzędu. Jednak, choć twierdził, że reprezentuje głos 300 mieszkańców Błaszek, na Facebooku nie ma po nich niemal śladu; kolejne posty polubiło nie więcej niż pięć osób. Są za to informacje o kolejnych sukcesach burmistrza. O stanowisku wojewody, sądowej sprawie i wyroku sądu, a także o nowym harmonogramie pracy aptek, którego konsekwencją od stycznia 2016 roku miała być nocna praca aptek w Błaszkach. Potem są już tylko trzy wpisy. Najpierw ten, że niektóre apteki nie stosują się do harmonogramu z prośbą o zgłaszanie do urzędu takich sytuacji oraz przypomnienie, że to burmistrz walczył o nocne dyżury aptek. Wszystko to okraszone jest dopiskiem, że niedyżurujące apteki mogą stracić zezwolenie.

Potem są już tylko dwukrotne przypomnienia, jak wygląda harmonogram pracy aptek. Wynika z niego, że każda z czterech lokalnych aptek powinna dyżurować w lutym tego roku po siedem razy (w marcu, którego dotyczy ostatni wpis – nawet osiem razy), a więc co cztery dni. Sumując godziny pracy jednej z błaszkowskich aptek, tylko w lutym dochodzimy do 369 godzin – to już wymiar czasu pracy nie dla jednego ani nie dla dwóch magistrów… Bez całodobowych dyżurów, w tym jednego niedzielnego, ta sama apteka pracowałaby w lutym 268 godzin, a więc o przeszło 100 godzin krócej. Gdyby farmaceuta otrzymywał wynagrodzenie w wysokości minimalnej, a więc 12 złotych za godzinę, dodatkowe koszty apteki tylko z tytułu jego pracy wyniosłyby 1200 złotych. A przecież w praktyce jest to zdecydowanie wyższa kwota. Osobna kwestia to zgodność takiego harmonogramu z Kodeksem pracy oraz ze zdrowym rozsądkiem, no bo jak można było pomyśleć, że farmaceuci będą chcieli pracować w tak dramatycznie wydłużonym czasie pracy? Nawet gdyby aptekom powodziło się doskonale, o rozwiązanie nie byłoby łatwo, bo skąd z dnia na dzień znaleźć czterech dodatkowych magistrów farmacji gotowych pracować w błaszkowskich aptekach? Tu też zabrakło wiedzy i rozsądku.

ZŁOCZEW I INNI SĄSIEDZI

W sąsiednim Złoczewie, w którym są trzy apteki, częstotliwość dyżurów, a więc obciążenie nimi byłoby jeszcze większe i bardziej dotkliwe dla farmaceutów niż w Błaszkach. Byłoby, ale nie jest, bo podobnie jak Błaszkach, również w Złoczewie dyżury są fikcją. Co prawda rada powiatu przyjęła ich harmonogram, ale nie jest on respektowany. Różnica polega tylko na tym, że w odróżnieniu od błaszkowskich władz, urzędnicy ze Złoczewa podchodzą do sprawy ze spokojem, co oznacza, że mieszkańcy nie protestują. Tymczasem w Błaszkach straszy się farmaceutów prokuratorem. Lokalna prasa, opisując tę sytuację, zestawia ją z decyzjami rady powiatu poddębickiego, z którym powiat sieradzki sąsiaduje. Tam apteki od kilku lat nie pracują w nocy, choć na papierze harmonogramy długo powstawały, przewidując dla aptek tygodniowe dyżury. Ostatnia uchwała, którą udało nam się znaleźć na stronie powiatu, pochodzi z września 2016 roku, jednak wyznacza dyżury jedynie do kwietnia bieżącego roku. Brak późniejszego harmonogramu sugeruje, że samorząd powiatowy zrezygnował z przygotowania następnej martwej uchwały w sprawie dyżurów aptek.

JUŻ NIE TYLKO BRANŻOWE I LOKALNE MEDIA

Takich miejsc, w których farmaceuci odmawiają pracy według narzuconych im harmonogramów dyżurów, jest w kraju znacznie więcej. Wieruszów, Skarżysko Kamienna, Gryfice, Sztum, Jarocin, Wałcz, Września… Farmaceuci zaskarżają uchwały powiatów, idą do sądów, korzystając z doświadczeń innych farmaceutów, a tematem, którym do niedawna interesowała się głównie rasa lokalna i branżowa, zainteresowały się też inne media. Na przykład niedawno o aptecznych dyżurach napisał między innymi adresowany wyłącznie do samorządowców dwutygodnik „Wspólnota”. Pisząc o przepisie, na mocy którego ustala się dziś harmonogramy dyżurów aptek, autor tekstu zauważa, że powiaty chętnie by się tego prawa pozbyły, bo to jaskrawy przykład tego, jak prawa stanowić nie należy. „Wspólnota” nawiązuje w ten sposób do stanowiska Konwentu Powiatów Województwa Łódzkiego, z którego wynika, że samorządowcy nie chcą przygotowywać harmonogramów dyżurów aptek, bo jest to przepis nieegzekwowalny, a na dodatek narzuca aptekarzom arbitralnie czas pracy.

BYCZYNA PRZEBIJA WSZYSTKO

Kolejny przykład – Kluczbork. Tamtejsi rajcowie przebili wszystkich. W samym Kluczborku aptek jest osiemnaście, dyżury przypadają więc co osiemnaście dni, czyli w porównaniu ze wspomnianymi wyżej Błaszkami czy Złoczewem rzadko. Jak tamtejsze apteki traktują harmonogram, to już osobna kwestia, zdecydowanie większy problem dotyczy innych miejscowości powiatu. W Wołczynie są cztery apteki, więc radnym wydawało się, że doskonałym rozwiązaniem będzie nakazać każdej aptece dyżurowanie przez okrągły tydzień. Czy przepracowanie tygodnia non stop przez dwójkę farmaceutów jest możliwe? Chyba tylko w wyobraźni radnych, nie udałoby się bowiem zorganizować ich pracy w zgodzie z przepisami prawa pracy. No, chyba że uznali, że ponieważ właściciela Kodeks pracy nie dotyczy, może pracować choćby 24 godziny na dobę, przespać się przez kilka godzin, gdy do apteki przyjdzie pracownik – inny magister farmacji, a potem z powrotem pójść na 16 godzin do pracy. Szczytem bezmyślności, lekceważenia praw pracowniczych i właścicielskich, przypisywania sobie przez radnych kluczborskich nieograniczonych kompetencji jest jednak co innego – wymyślenie całorocznego dyżuru dla apteki w Byczynie, niewielkiej miejscowości z województwie opolskim, która liczy około 3,7 tysiąca mieszkańców. W miasteczku tym są dwie apteki. W harmonogramie dyżurów obie zostały wymienione wśród kluczborskich aptek – pierwsza z informacją,
że nie dyżuruje, druga z dopiskiem, że pełni pogotowie pracy, jednak bez określenia kiedy i w jakich godzinach. Pierwsza wpisana jest do harmonogramu jeszcze raz, już pod nazwą Byczyna i elektryzującą wiadomością, że pełni dyżur całoroczny w formie pogotowia pracy… Takie rozwiązanie przebija chyba wszystkie inne absurdy wymyślone przez samorządowców w sprawie dyżurów aptek.

NIEBEZPIECZNE DLA FARMACEUTÓW I PACJENTÓW

Paweł Stelmach, prezes Okręgowej Izby Aptekarskiej w Łodzi, pytany przez nas jakiś czas temu o sytuację w małych miejscowościach, gdzie są dwie, trzy, góra cztery apteki, mówił, że sam przez osiemnaście lat dyżurował co siódmą noc w aptece w Konstantynowie Łódzkim. Obrót nigdy w czasie dyżuru nie przekroczył 50 złotych, często był na poziomie 20 złotych, a przychód sięgać mógł najwyżej połowy tych kwot. Dzisiejsze marże powodują, że z tych 50 czy 20 złotych po dyżurze w aptece nie pozostaje nic. Koszty dyżuru trzeba jednak ponieść, w związku z czym dyżury, zwłaszcza częste, prowadzą apteki wprost do bankructwa. Prezes przypomniał też, że osoby potrzebujące pomocy lekarskiej otrzymują niezbędne im leki ratujące życie po wizycie w szpitalu czy działającej nocą przychodni, pacjent nie musi więc natychmiast realizować recepty. Zrobi to, jeśli apteka mieści się w budynku szpitala czy przychodni, raczej nie będzie jednak jeździł po mieście, żeby dotrzeć do otwartej akurat apteki. Prezes nie miał też żadnych wątpliwości, że dyżurowanie zgodnie z harmonogramami ustalanymi przez radnych nierzadko rodzi poważne ryzyko zarówno dla farmaceutów, jak i dla pacjentów, bo farmaceuta pozostający w aptece dwudziestą czy trzydziestą godzinę może po prostu nie wytrzymać takiego obciążenia lub pod wpływem zmęczenia wydać pacjentowi zły lek.
Na Twój adres e-mail została wysłana prośba o potwierdzenie subskrypcji.
Potwierdzając subskrypcję wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych w celu otrzymywania treści publikowanych w serwisie.