Suplementy. Raport na temat raportu

Suplementy. Raport na temat raportu

Informacje zawarte w tym raporcie przeciętny Polak czytał zapewne ze zdumieniem, a nawet z niedowierzaniem. Także dla osób mających już jakąś wiedzę na temat suplementów diety upubliczniony niedawno raport Najwyższej Izby Kontroli był zaskoczeniem. Co innego bowiem ograniczona wiara w skuteczność stosowanych suplementów, choć producenci – licząc na niewiedzę konsumentów – często zapewniają, że zażywając je, można wyleczyć szereg chorób, co innego,gdy okazuje się, że suplementy bywają zafałszowane, zawierają bakterie chorobotwórcze,substancje zakazane z listy psychoaktywnych czy stymulanty podobne strukturalnie do amfetaminy, czyli działające jak narkotyk...

A takie właśnie są ustalenia Najwyższej Izby Kontroli, która przyjrzała się rynkowi suplementów diety w Polsce i w lutym ogłosiła raport na ten temat. Raport zatrważający, którego nie sposób przemilczeć, jednak w związku z cyklem wydawniczym „Magazynu Aptekarskiego” nie mogliśmy przygotować artykułu na ten temat do marcowego numeru. Z perspektywy tych kilku tygodni można powiedzieć, że dobrze się stało. I to nie dlatego, że pojawiły się później jakieś dodatkowe fakty czy ustalenia. Choć minął zaledwie miesiąc, sprawa wydaje się już nie istnieć. W natłoku innych spraw związanych z ochroną zdrowia kwestia suplementów diety przestała stanowić temat kolejnych publikacji prasowych, w których dociekano by, jak to możliwe, że rynek wart rocznie 3,7 mld zł jest w zasadzie poza kontrolą.
Tymczasem ten brak zainteresowania i niekontynuowanie tematu ułatwiają funkcjonowanie tym, którzy wprowadzają do obrotu zafałszowane suplementy diety albo – jak oceniła NIK – choć odpowiadają za nadzór nad rynkiem suplementów, są w swych działaniach nieskuteczni, a tym samym nie zapewniają Polakom bezpieczeństwa stosowania suplementów diety.

RYNEK WART MILIARDY

Zacznijmy od faktów, przytaczając dane z raportu Najwyższej Izby Kontroli. O tym, że rynek suplementów diety rozwija się w Polsce dynamicznie, każdy codziennie przekonuje się osobiście, czytając prasę, słuchając radia, oglądając telewizję czy zaglądając do internetu. Reklamy suplementów „wyskakują” z nich jak przysłowiowy diabeł z pudełka. Nietrudno więc zrozumieć, że Polacy wydają na nie miliardy złotych – tylko w 2015 roku kupili blisko 190 mln opakowań. Statystyczny Polak nabywa tym samym 6 opakowań suplementów rocznie, wydając na nie około 100 zł (średnio blisko 17 zł za opakowanie).

W swym raporcie Najwyższa Izba Kontroli, odwołując się do danych Głównego Inspektoratu
Sanitarnego, któremu podlega rynek suplementów, podaje, że od 2007 roku zgłoszono do niego blisko 30 tys. produktów. Najwięcej w roku 2016 – zgłoszono ich wówczas 7,4 tys., choć w latach 2013-2015 rocznie przybywało po 3-4 tys. suplementów. Tymczasem z oceny Komisji Europejskiej wynika, że już w latach 1997-2005 polski rynek suplementów wzrósł o 219 proc. – jak łatwo się domyślić, był to najwyższy wzrost wśród wszystkich państw Unii Europejskiej.

Powodowało to i nadal powoduje systematyczny wzrost wartości rynku suplementów. W 2011 roku szacowano ją na 2,93 mld zł, w 2016 roku na 3,72 mld zł, w bieżącym roku ma przekroczyć 4 mld zł, by w roku 2020 przełamać kolejną barierę – tym razem 5 mld zł. Oznacza to roczne tempo rozwoju tego rynku o około 8 proc.

KONTROLA NIE ISTNIEJE

NIK ocenia, że mimo rozmiarów rynku suplementów diety jego kontrola nie istnieje. Po części dlatego, że jest ona niemożliwa do prowadzenia siłami, którymi dysponuje inspekcja sanitarna. Dziennie do GIF, odliczając dni wolne od pracy, trafiało przeciętnie około trzydziestu powiadomień o produktach nowo wprowadzanych do obrotu, a przyjmowaniem i rozpatrywaniem tych powiadomień zajmowało się tylko siedem osób, które miały do wykonania również inne zadania.

Mając na uwadze między innymi tę kwestię, NIK wskazuje, że rynek suplementów diety w Polsce jest szczególnie narażony na nieuczciwe praktyki rynkowe naruszające zbiorowe interesy konsumentów. W krajach o utrwalonych praktykach rynkowych nadużyciom zapobiega zjawisko samoograniczania się producentów i importerów w zakresie nieuczciwych praktyk. W Polsce propozycje takiego samoograniczania się ze strony producentów pojawiły się dopiero po kontroli NIK.

CO JEST LEKIEM, CO SUPLEMENTEM?

Nieuczciwym praktykom sprzyja w ogromnym stopniu niewiedza o tym, co jest lekiem, a co suplementem diety, nierozróżnianie przez Polaków tych produktów. Ułatwia to prezentowanie suplementów jako produktów mających działanie lecznicze, równie skutecznych jak leki. NIK odwołuje się do badania TNS Polska z 2014 roku – wykazało ono, że wiele osób myliło suplementy z witaminami czy minerałami. Ustalono w nim też, że aż 41 proc. badanych przypisało suplementom diety właściwości lecznicze, ponad połowa badanych była przekonana, że suplementy są tak samo kontrolowane jak leki.

Jednak nie te kwestie w raporcie NIK najbardziej zatrważają, jest to bowiem jedynie oficjalne potwierdzenie występowania zjawisk do dawna dostrzeganych przez specjalistów od rynku farmaceutycznego, przez farmaceutów. Tym, co powinno wzbudzić największą reakcję rządzących, przede wszystkim jednak samych zainteresowanych, czyli producentów i importerów suplementów, jest informacja o jakości przebadanych na zlecenie NIK suplementów. Wyniki tych badań stawiają bowiem państwo, ale także podmioty zajmujące się ich wprowadzaniem na rynek, w złym świetle.

ZAGROŻENIE DLA ZDROWIA I ŻYCIA

W podsumowaniu raportu NIK możemy przeczytać, że „ustalenia kontroli wskazują, że w Polsce nie jest zapewniony właściwy poziom bezpieczeństwa suplementów diety. Organy państwowe odpowiedzialne za bezpieczeństwo stosowania tych produktów nierzetelnie realizowały
zadania związane z wprowadzeniem ich po raz pierwszy do obrotu. Nieskuteczny był także nadzór nad jakością zdrowotną suplementów diety, również w niedostatecznym zakresie prowadzono edukację żywieniową dotyczącą tych produktów. Związane jest to przede wszystkim z nieadekwatnymi z punktu widzenia zapewnienia bezpieczeństwa
suplementów diety rozwiązaniami legislacyjnymi, szczególnie w zakresie wprowadzenia suplementów diety do obrotu po raz pierwszy oraz w zakresi reklamy tych produktów”.

Istniejąca sytuacja jest skutkiem między innymi tego, że wprowadzenie suplementu diety na rynek wymaga od przedsiębiorcy jedynie prawidłowego złożenia powiadomienia do Głównego Inspektoratu Sanitarnego – zgłoszenie umożliwia natychmiastowe wprowadzenie suplementu na rynek; weryfikacja powiadomienia ani ewentualne wszczęcie postępowania wyjaśniającego nie wstrzymują dystrybucji suplementu. W konsekwencji w sprzedaży znajdują się niezweryfikowane produkty. Jak wykazała kontrola NIK, w tym także produkty zawierające niedozwolone, szkodliwe dla zdrowia składniki, stanowiąc zagrożenie dla zdrowia, a nawet życia konsumenta.

Dalsze ustalenia NIK są równie niepokojące. Przytoczmy kolejny ich fragment: „Dla
rozpatrywanych powiadomień od przekazania ich do GIS przez podmiot wprowadzający do chwili rozpoczęcia weryfikacji upływało średnio  niemal 8 miesięcy (a maksymalnie blisko 1,5 roku). Wobec połowy ogólnej liczby powiadomień z lat 2014-2016, to jest około 6 tys., w ogóle nie rozpoczęto procesu weryfikacji, co oznacza, że nie podjęto nawet próby ustalenia, czy wprowadzane produkty są bezpieczne dla konsumentów. Nie oznacza to, że w odniesieniu do tych produktów, co do których rozpoczęto proces weryfikacji, podejmowane działania zapewniały konsumentom bezpieczeństwo. Wpływał na to niewiarygodnie długi czas realizacji procedur – średni czas weryfikacji powiadomień wynosił 455 dni (maksymalnie 817 dni). Postępowania wyjaśniające wszczęte we wcześniejszym okresie, a więc w latach 2009-2010, trwały blisko 2300 dni (ponad 6 lat), przy czym najdłuższe z tych postępowań – ponad 3100 dni (około 8,5 roku)”.
Czytaj dalej w drukowanej wersji Magazynu Aptekarskiego - kliknij tutaj.
Na Twój adres e-mail została wysłana prośba o potwierdzenie subskrypcji.
Potwierdzając subskrypcję wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych w celu otrzymywania treści publikowanych w serwisie.